Po śmierci córki rodzice napisali do niej list

W czwartek 16 lipca 2020 r. miałem zaszczyt przewodniczenia pięknej, choć bardzo trudnej uroczystości. Tego dnia odbył się pogrzeb wielkiego, choć malutkiego SKARBU — Anastazji. Otrzymaliśmy pozwolenie na publikację dwóch przepięknych listów.

Pierwszy to list Żony do Męża — Mamy do Taty. Myślę, że list ten może pomóc w dialogu małżeńskim, ułatwić wypowiedzenie wnętrza, duszy, serca wobec współmałżonka. Ten list jest szczególną perełką, bo taka formuła zdarza się bardzo rzadko.

Drugi jest także przepiękny, jest to list pożegnalny, przeczytany przez Rodziców na naszej uroczystości pogrzebowej.

Zapraszam do przejmującej lektury.

ks. Tomasz, duszpasterz Rodziców Dzieci Utraconych

Mój kochany Mężu

Pandemia ukazała, jak samotność pod różnymi postaciami może nas dopaść. Dla jednych samotność to odległość, dla innych brak komunikacji, wspólnych rozmów i spotkań. Dla mnie samotność podczas epidemii to brak obecności Ciebie, kiedy się bałam. Kiedy za każdym razem słyszałam ten samą wypowiedź. „Pani mąż musi opuścić to miejsce, żona musi dalej iść sama”. Właśnie to jest moją samotnością, kiedy bałam się iść dalej bez Ciebie.

Dzień, kiedy powiedziałam Ci, że jestem w ciąży, był magiczny, taki nasz. Jak zawsze byłeś zaspany po nocce w pracy, ale ten Twój uśmiech jak trzymałeś test w ręce, zapamiętam na zawsze. Jest taki wyjątkowy. Od tego momentu pokochaliśmy nasze dziecko, chociaż jeszcze go nie znaliśmy. Zaczęliśmy snuć plany, niepewnie, ale z wielką nadzieją, że nasze życie od grudnia się tak bardzo odmieni. Wyobrażaliśmy sobie jak rodzina będzie się cieszyć z naszego szczęścia. W dzień Matki razem podjechaliśmy pod przychodnie, to był dzień naszego upragnionego spotkania się z naszym dzieckiem. Tyle na to czekaliśmy. Czułam się tak wyjątkowo i spełniona. W końcu nosiłam w sobie nowe życie, nasz malutki cud, tak idealnie zaplanowany.

W tym momencie już zaczęły się przeszkody. Dlaczego ? Nie pozwolili Ci wejść ze mną do środka. Wirus zabrał nam możliwość cieszenia się ze wspólnych chwil naszej nowej rodziny. Patrzyłam na Ciebie zza szyby, kiedy mierzono mi temperaturę, dezynfekowano. Wskazano mi miejsce na pustej poczekalni z wydzielonymi miejscami, ofoliowaną recepcją. Czekałam na tym krześle sama, bez Ciebie. Bałam się samotnego spotkania z naszym dzieckiem, chciałam być tu razem z Tobą. Milion pytań, wątpliwości, których nie miałeś jak rozwiać. Odczuwałam brak komfortu, czas się dłużył, nie wiedziałam, co się wydarzy ta niepewność — samotność. Pacjentka wyszła, zawołano mnie, teraz moja kolej.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam, jak bije małe serduszko naszego dziecka i jak pokazało swoje ruchy, byłam tak radosna, szczęśliwa. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że tak bardzo przypomina mi Ciebie. W tym momencie byłam najszczęśliwszą mamą na świecie. Te słowa zapamiętam na długo, jak Pani doktor powiedziała „Widzę pojedynczą, zdrową, wewnątrzmaciczną ciążę”. Takie momenty są niezapomniane, zakochałam się w naszym dzieciaczku. Poczułam, że jest nasz, mój i to jest prawda, nikt mi nie zabierze mojego szczęścia. Nie mogłam się doczekać naszego spotkania po wizycie. Kiedy pokazałam Ci filmik z USG, pokazałeś ten sam uśmiech, jak wtedy co pierwszy raz zobaczyłeś mnie w sukni ślubnej, gdy po schodach szłam do Ciebie. Nasza radość była piękna, ale też taka pierwsza, razem nie wiedzieliśmy, co nas dalej czeka. Ten czas był dla nas. Prezent „z etykietą dla Mamy” od Ciebie wiele dla mnie znaczył, choć symboliczny, niezwykle ważny. Dowartościował mnie. Pokazałeś mi, że cenisz mnie jako matkę naszego dziecka, którą ja w głębi tak niepewnie bałam się być.

Od tego momentu czas oczekiwania był jeszcze piękniejszy. Codziennie razem obserwowaliśmy czy już widać jak powiększa się mój brzuszek, chociaż o milimetr. Zawsze jak zasypiałam, to trzymałam się za brzuch, wyobrażając sobie, jak się zmieścimy na łóżku, jak będzie jeszcze większy. Sprawdzałam i zapisywałam każdy gram mojej wagi. Tak się cieszyłam, wszystko było idealne ja, moje ciało. Wspominam z uśmiechem, jak o mnie dbałeś. Czułam się taka kochana przez Ciebie. Śniadanka, bananki z wodą z rana tak wiele dla mnie znaczą. Nie miałam siły, źle się czułam, a Ty opiekowałeś się nami jak największym skarbem, który trzymasz w swoich ramionach. Lubiłam się źle czuć, bo wiedziałam, że to wszystko dla naszego szkraba. Byłam taka z nas dumna, że tak dobrze przygotowaliśmy się do tego wyjątkowego czasu. Czułam w brzuszku puls, czułam, że ONO tam jest, że kocha nas tak jak my go. Moja waga rosła, byłam w ciąży, przecież nam się udało. Wszystko było tak, jak w aplikacji zapisano. Skrzętnie analizowaliśmy skoki rozwojowe naszego dzieciaczka, ale jeszcze nie wiedzieliśmy…

Byłam mamą już od 2 miesięcy. Nie wiem, czy to już był instynkt macierzyński, ale mówił mi, że jest coś nie tak. Tłumaczyłam sobie, każda ciąża jest inna. To, że nie masz tych objawów, nie oznacza złego. Wieczór, w którym zauważyłam, że piersi przestały być wrażliwe, był dla mnie szokiem i początkiem złych myśli. Przeżywałam, każdy poranek bez mdłości, wmawiałam sobie, że je mam, ale były coraz słabsze. Tak się bałam, mówiłam, że nic złego nie może się stać. Nikt mi jego nie zabierze. Mijały kolejne tygodnie, a ja nie rozumiałam, dlaczego mój brzuszek jest ciągle malutki. Kolejne bezsensowne wytłumaczenia, po kryjomu oglądałam w internecie, jak wyglądają brzuchy u innych kobiet w tym samym tygodniu. Mój był ciągle za mały. Dlaczego? Dotykałam, masowałam, ale już nie czułam w nim pulsu, życia. Czułam, w moim brzuchu pustkę, ciemność…

Moje analizy, głębokie przemyślenia już nie miały sensu. Nie wierzyłam w to, ale chciałam się wstrzymać z cieszenia się ciążą do następnej wizyty. Szykując się na spotkanie z lekarzem, nie czułam już szczęścia, ekscytacji. Bałam się, bardzo się bałam. Nie mogłeś ze mną jechać, znowu samotnie musiałam stawić czoła wyzwaniom. Jadąc autobusem, patrzyłam się w okno, byłam zamyślona, trzymałam się za brzuszek i nagle przeszła mnie myśl „Twoje dziecko nie żyje”. Mimo tego czułam się spokojnie, już się nie bałam, nie byłam już sama. Czułam, jakby nasze dziecko było przy mnie, że mnie chroni przed złymi emocjami, smutkiem, żalem. W tym momencie dawało mi siłę, przygotowało mnie na to, co się zaraz wydarzy. Myślisz, że dlatego tak racjonalnie zadawałam pytania. Co dalej? Co mam zrobić ? A najważniejsze pytanie: Dlaczego? W momencie jak zobaczyłam na USG, że wygląda tak samo, jak wcześniej, że jest tak samo malutkie. Widziałam, że nasze dziecko nie żyje, potwierdziło się to, co usłyszałam, w myślach. Łzy napływały mi do oczu, zaczęłam dusić się w tej głupiej masce. Panicznie szukałam, ruszającego się serduszka, ale obraz był stabilny, nie było na ekranie żadnych ruchów. To miał być dzień, kiedy mieliśmy usłyszeć jego szybko bijące serduszko, ale usłyszałam ciszę… Nasz mały buntownik, podjął decyzje, że nie może z nami dzielić życia. Patrzyłam na nie jak leży bezbronnie z boku, wyglądało jakby spało, ale czuło się bezpiecznie w moim brzuszku. Kiedy ubierałam się w kabinie, powtarzałam: „czułam to”. Chciałam jak najszybciej wrócić do Ciebie i powiedzieć. Potrzebowałam Cię, nie wiedziałam jak Tobie to powiedzieć. Cały czas w głowie miałam „Dzidzia nie żyje”. Jakie słowa byłyby odpowiednie, żeby poinformować Cię o śmierci dziecka.

Jadąc razem do szpitala, byłam cały czas spokojna, ale się bałam. Spoglądałam na Ciebie i zastanawiałam się, dlaczego nas to spotkało. Twoja siła i nadzieja, dawały mi sens walki. Trzymałam się dla Ciebie, naszego dziecka. Znowu nie pozwolili nam być razem, zostałam sama, ale czułam Twoją bliskość, chociaż byłeś tak daleko. Żyłam nadzieją, że zaraz wszystko się wyjaśni. Chciałam się dowiedzieć, co zrobiłam źle. Myślałam, że w szpitalu dowiem się, jak to się stało… Nie mogłam pojąć, dlaczego nikt nie rozumie naszej tragedii.

Kiedy byłam w szpitalu, momentami czułam się taka samotna, bardzo się bałam. Czekając, aż zacznę krwawić, na zabieg. Bałam się, że nie uda mi się ochronić naszego dziecka, że go skrzywdzę. Głaskałam się po brzuchu, chciałam, żeby czuł się bezpiecznie w tych ostatnich chwilach ze mną. Tak bardzo go kocham, choć nigdy go nie poznałam. Nie zobaczymy, jak patrzyłby na nas z bezwarunkową miłością w oczach. Nie usłyszałam jego pierwszego krzyku. Był w moim brzuszku i już go nie ma. Najbardziej żałuję, że zabrano nam możliwość wspólnego przeżywania tych wyjątkowych chwil, przecież wydawało się to takie pewne. Tak bez pytania – zabrano. Chociaż jesteśmy we dwoje, ja dalej czuję naszą trójkę.

W tym bardzo trudnym dla nas czasie jesteś dla mnie ogromnym wsparciem, kochanym mężem. Myślę, że odległość w tych trudnych momentach, jeszcze bardziej wzmocniła naszą miłość. Czuje się przy Tobie bezpieczna, zaopiekowana. Wszystko, co robisz, jest dla mnie ważne. Kocham Cię bardzo mocno. Jesteś wyjątkową osobą, o bardzo wrażliwym sercu. Potrafisz mi oddać swoje uczucia, dzielić się ze mną swoimi emocjami. Dzięki Tobie jestem silna, mam siłę stawić czoła temu, co się wydarzyło. Chociaż czasami nie daję rady, powracają myśli, co ja złego zrobiłam, jaka jestem zła, że nie ochroniłam naszego dziecka, a czułam, mówiło mi przez moje wewnętrzne przeczucia. Tęsknota za naszym dzieckiem jest straszna, czuję się taka pusta, zmęczona. Ty się nie poddajesz, przytulasz i cierpliwie czekasz. Dajesz mi dużą nadzieję, że będzie lepiej. Jesteś wyjątkowy, jesteś dobrym człowiekiem, jesteś wspaniałym mężem, a w przyszłości — w momencie, gdy będziemy mieli kolejne dziecko razem z nami, stworzymy naszą kochaną rodzinę — RAZEM.

Dziękuję Ci za to wszystko, co dla nas robisz. Jest mi z Tobą dobrze, lubię być z Tobą. Napisałam do Ciebie list, ponieważ chciałam, żebyś widział, jakie mam myśli. Jak to przeżywam, jak czuję to wszystko.

Kocham Cię Kochanie.

P.S. Na koniec tego listu włączyła mi się nasza piosenka z pierwszego tańca. Musimy go koniecznie zatańczyć jeszcze raz. Wspomnienie o naszym tańcu daje mi uśmiech i wspaniałe wspomnienia. Właśnie on był taki nasz, taki szczery i z miłością.

Kochana Córeczko Anastazjo!

Cześć. Hej. Witaj. Nie przeszkadzaj! To tylko kilka z tysięcy przywitań i słów, które będą niewypowiedziane. Chcemy Ci tak wiele powiedzieć, ale tak trudno jest nam powiedzieć. Nasza mała buntowniczka, bo decyzję o odejściu podjęłaś bez naszej zgody. Czy wiesz, co znaczy bunt? Bunt z niemieckiego znaczy kolorowy. Kolorowe jak Twoje miny, odzywki, uwagi w dzienniczku, które marzyliśmy widzieć.

Moment Twojego pojawienia się w naszym życiu znaczył dla nas wiele. Tyle że żadne słowa nie oddadzą tego, jak taka mała kruszyna może rozbudzić w nas miłość do Ciebie. Miłość rodziców do dziecka jest szczególna i wyjątkowa. Jeszcze przed pierwszym biciem Twojego wykształcającego się serduszka sprawiłaś, że stałaś się bodźcem do planowania wspólnego życia we troje.

Pokochaliśmy Cię bezwarunkowo i najmocniej jak potrafiliśmy od chwili poznania Ciebie na badaniu. Od momentu pojawienia się dwóch kresek na teście z koroną, już czuliśmy się rodzicami. Jesteś dla nas największym skarbem, motylkiem i aniołkiem.

Chociaż byłaś z nami zdecydowanie za krótko, to dziękujemy Ci, że wprowadziłaś do naszego życia tyle szczęścia. Dziękujemy Ci, za te wspaniałe momenty i chwile, kiedy oczekiwaliśmy na Ciebie. Każda z chwil była wyjątkowa i na pewno niezapomniana będzie. Pamiętaj, że zawsze będziesz mieć specjalne miejsce w naszych serduszkach i na zawsze pozostaniesz
w naszej pamięci.

Twoi nieznośni i kochający bezgranicznie rodzice…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*